Andre Agassi, Pete Sampras, Andy Roddick – to nazwiska, które przez amerykańskich fanów tenisa są wspominane z ogromnym utęsknieniem. Odkąd wspomniani gracze zawiesili rakiety na przysłowiowym kołku, czołówka ze Stanów Zjednoczonych nigdy im nie dorównała. Wprawdzie na przestrzeni lat zdarzały się pojedyncze wyskoki zawodników z tego kraju, to jednak wydaje się, że dopiero obecne czasy są nadzieją renesans amerykańskiego tenisa w turniejach ATP. Aby zobrazować, o czym mowa, warto przytoczyć największe sukcesy trzech graczy wspomnianych na wstępie. Każdy z grona Andre Agassi, Pete Sampras oraz Andy Roddick liderował w rankingu ATP. Co więcej – każdy z nich na swoim koncie zanotował wielkoszlemowy triumf. Sampras wygrał 64 tytuły ATP, a Agassi i Roddick mają ich odpowiednio 60 oraz 32.

Ponad 20 lat oczekiwania amerykańskiego tenisa na triumf
Lata świetlności amerykańskiego tenisa męskiego skończyły się wraz z końcem ich karier, ale odliczanie, które trwa po dziś dzień, rozpoczęło się wcześniej. Symbolikę posuchy nadaje data – 7 września 2003 roku. Wówczas Roddick w finale US Open pokonał Juana Carlosa Ferrero i zdobył pierwszy oraz swój ostatni wielkoszlemowy tytuł. Zapewne mało kto mógł przewidzieć, że zarazem będzie to ostatni triumf w zawodach tej rangi dla amerykańskiego tenisisty przez długie lata. Co więcej – rzeczony Roddick był przez długi czas ostatnim amerykańskim finalistą Wielkiego Szlema (2009 rok). Owy stan rzeczy zmienił się w 2024 roku, kiedy to na korcie obiektu Flushing Meadows w Nowym Jorku w meczu o tytuł wystąpił Taylor Fritz.
Reprezentanci Stanów Zjednoczonych w ostatnich dwóch dekadach odgrywali ważne role w turniejach ATP, ale nie przekładało się to na sukcesy w najważniejszych imprezach cyklu ATP Tour. Przez lata o sile amerykańskiego tenisa stanowili przecież John Isner oraz Sam Querrey, z którymi – ze względu na ich styl gry i warunki fizyczne – największe oczekiwania wiązano w kontekście Wimbledonu. Obaj w pewnym stopniu nie zawiedli, bo na londyńskich trawnikach radzili sobie dobrze: Querrey pokonywał tam takich graczy, jak Novak Djoković czy Andy Murray, a Isner na swoim koncie zapisał zwycięstwa z Murrayem, Stefanosem Tsitsipasem czy Milosem Raoniciem. Pomimo tak spektakularnych wygranych, żaden z nich nie zdołał triumfować na WImbledonie. Dla obu przeszkodą nie do przejścia okazał się półfinał. Querrey dotarł do niego w 2017 roku, a starszy z Amerykanów jeden sezon później.
Nadchodzi nowe tenisowe pokolenie
Jeśli Amerykanie, którym na sercu leży dobro rodzimego tenisa, mogą z optymizmem patrzeć na przyszłość, to bez wątpienia mowa o tym, co dzieje się w ostatnich latach. Młodzi reprezentanci Stanów Zjednoczonych hurtowo przebijają się do zawodowego tenisa i odgrywają w nim coraz znaczące role. Największe oczekiwania wzbudza Taylor Fritz, który na przestrzeni miesięcy wyrósł na lidera nowej fali amerykańskiego tenisa. 2024 rok opiewał w jego wybitne występy. W Australian Open dotarł do ćwierćfinału, następnie na French Open zanotował czwartą rundę. W Londynie po raz drugi w karierze zaliczył ćwierćfinał, a prawdziwa erupcja talentu miała miejsce na wielkoszlemowym US Open, na którym przerwał 15-letnie oczekiwanie na Amerykanina w finale turnieju Wielkiego Szlema.
Poza wspomnianymi osiągnięciami Fritz świetnie zaprezentował się także podczas ubiegłorocznego ATP Finals, w którym doszedł do finału. W nim lepszy od niego był Jannik Sinner.
Poza Fritzem wybijają się także Tommy Paul (ma już za sobą debiut w gronie „10” najlepszych tenisistów świata), Ben Shelton oraz Frances Tiafoe. Wszyscy znają smak triumfu w imprezie ATP, ale wciąż daleko im do osiągnięć Samprasa, Roddicka czy Agassiego.
Aby przejść do historii tenisa, szczególnie będąc Amerykaninem, potrzeba rzeczy wielkich, za którymi kryje się zdobycie pucharu w turnieju wielkoszlemowym. Ostatnie miesiące pokazały, że męski tenis stał się dużo bardziej otwarty, niż miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. Faworytami w każdej imprezie wielkoszlemowej są Jannik Sinner czy Carlos Alcaraz, ale to nadal nie są tenisiści, którzy nie miewają słabszych momentów. W gronie tych, którzy czyhają na ich potknięcia, jest Fritz. Za sprawą pierwszego finału osiągniętego na US Open zebrał ogromne doświadczenie, które powinno zaprocentować w przyszłości. Dodatkowo obecność w najlepszej czwórce rankingu ATP naturalnie czyni go faworytem w każdym turnieju wielkoszlemowym.

Amerykański renesans w ATP – hit czy kit?
Amerykanie od lat nie mogą narzekać na to, co dzieje się w WTA. Przez długi czas w kobiecych rozgrywkach dominowała Serena Williams, a obecnie swoich wyników nie mogą się wstydzić Coco Gauff czy Jessica Pegula. Lepszy czas przeżywa także męski tenis, o czym świadczy liczba reprezentantów Stanów Zjednoczonych w ścisłej czołówce, ale o amerykańskim przebudzeniu w ATP będzie można mówić chyba dopiero wtedy, gdy Roddick straci miano ostatniego Amerykanina, który wygrał turniej Wielkiego Szlema.
Czy któryś z wspomnianych tenisistów może tego dokonać? Nadzieje są wielkie, ale poza Fritzem, od Paula, Tiafoe czy Sheltona oczekuje się, że któryś z nich zagra na miarę swoich możliwości w szlemie. Wszystko ponadto będzie miłym zaskoczeniem.
